Artykuły Obraz  newsa 1784 Dodano 26.02.2016

Tragiczna historia klasztora w Niżniowie [część pierwsza]

3 XI siostry zaniosły krzyże ze swych cel do kościoła. Szły z nimi jedna za drugą i żołnierze zgromadzeni na podwórzu, gdyż była to pora wydawania śniadania, w milczeniu rozstąpili się przed nimi. Ludzie w kościele płakali głośno. Po powrocie z kościoła, wśród krzyków i przekleństw lokalnych milicjantów, którzy „oczyszczali” teren dla armii, wyjechały do Jazłowca siostry: Sebastiana, Eustachia, Marcjanna, Achillesa, Róża i Cyryla. Najtrudniej było żegnać się z kaplicą.

Szczególne położenie geograficzne Niżniowa (na początku XX w.) w pobliżu granicy Austro-Węgier i Rosji) w dramatyczny sposób miało wpłynąć na losy sióstr i ich zakładu. Gehenna rozpoczęła sie wraz z wybuchem I wojny światowej. Już 20 VII 1914 r. przyniesiono do klasztoru pierwszego rannego i cześć domu przeznaczono na szpital.

W sierpniu zapełnili go ciężko ranni z potyczki pod Baryszewem i Korościatynem. Austriacy, Węgrzy i Czesi (a wśród nich także Kozak, którego koledzy zostawili na polu bitwy, a Austriak przykrył swoim płaszczem). Siostra Zofia, przełożona, przeprowadziła wcześniej kursy sanitarne dla kilku sióstr i teraz wraz z nimi udzielała pomocy każdemu, kto jej potrzebował. A o tym, jak było to niebezpieczne, świadczy zdarzenie z października tego samego roku. Uciekający w popłochu Austriacy nie zabrali broni, leczonych tu rannych żołnierzy i atakujący Rosjanie zamierzali zbombardować klasztor za rzekome ukrywanie przez siostry broni.

Dwa lata później, w czasie huraganowego ognia, pociski rozbiły mury ogrodowe – wyrwały 80 okien z ramami, ale – co było zdumiewające, nikt z ludzi w klasztorze nie ucierpiał. A znajdowali w nim schronienie głodni, ewakuowani, całe rodziny wysiedlone ze swoich domów, wiele bezdomnych staruszek. Siostry, gdy tylko było to możliwe, starały się zadbać o jeńców Polaków – to z wojska rosyjskiego, to z austro-węgierskiego (w zależności od tego czyja armia stacjonowała w pobliżu). Internowanym w Stanisławowie i Marmarosz – Sziget dostarczały odzienia i żywności. W roku 1917 na klasztor w nocy napadła banda maruderów z ogarniętej rewolucyjnym wrzeniem dywizji rosyjskiej. Siostry były przekonane, że ocalił je wystawiony w kaplicy Przenajświętszy Sakrament. Pomimo tych pełnych grozy wydarzeń nie rezygnowały one z pracy wychowawczej. Mały pensjonacik uczył sie i zdawał egzaminy, czasami wśród gradu kul. Przychodziły też na swoje zajęcia dzieci wiejskie, chłopców uczono ministrantury. Rok szkolny 1913/14 był jednak ostatnim rokiem pracy według założeń matki Marceliny dla tego domu. W warunkach wojennych nie było mowy o realizacji konkretnego programu naukowego, min. ze względu na dużą rotacje dzieci. Krótka przerwa nastąpiła w październiku 1914 r., ale już od Bożego Narodzenia przebywało tu 14 dzieci z rodzin Ładomirskich z Markowiec i Wiśniewskich z Horyhlad. W roku szkolnym 1916/17 były tylko 2 dziewczynki i to krótko, w drugim półroczu 1918/19 – 14. I znowu przerwa! O tym, jak wyglądało życie na tych terenach, gdy prawo do nich przyznawali sobie i Polacy i Ukraińcy, dowiadujemy sie z relacji zapisanych przez siostrę Zofie. Pod data 19 VI 1919 r. czytamy:

„Przez tydzień uciekania Ukraińców przeszły Siostry ciężkie chwile. Co chwila wpadały bandy na rewizje, nieraz pijane, latały po domu, po piwnicach, strychach etc. Poszli za Dniestr. Jazłowiec już wolny, ale ciężką zimę przeszedł pod każdym względem. W zapiskach z lipca znajdujemy ciąg dalszy: „Jazłowiec, a tym samym klasztor, był z końcem czerwca i początkiem lipca terenem zmagań sie Polaków i Ukraińców w nieustannej walce. Bywało, że na dziedzińcu nawet padały strzały to z jednej to z drugiej strony. Siostry miały i rannych i chorych, wśród nich na tyfus plamisty, których pielęgnowały”.

W 1921 r. do klas wstępnej i pierwszej zgłoszono 9 dzieci. Religii uczyła je siostra Filomena, wówczas już 78-letnia, ze zdrowiem podkopanym przez warunki wojenne, zwłaszcza troska o domy, z którymi wtedy nie było kontaktu. Siostra Bohdana, ówczesna przełożona Niżniowa, pisała o niej: „Swoja droga przykład tej prostej, łaskawej i ufnej świętości Siostry Filomeny rozpogadza i ucisza wnętrze człowieka…”. W roku 1923 nadeszła jednak chwila, kiedy wyniszczony dom musiał zamknąć prace na niwie wychowawczej i na 9 lat stał się przystania dla sióstr starych i chorych (zwłaszcza na gruźlicę) – ze względu na doskonałe warunki klimatyczne. Dopiero w roku 1932 siostry otworzyły szkołę powszechną dla dziewczynek. Rok później Nina Wrąbecowa, jedna z najstarszych wychowanek tej placówki, napisała: „Dziś, gdy świecimy 50-lecie Niżniowa, cieszymy się, że znów ziarno Boże sieje się wśród młodzieży, jak ongiś i znów powstaną nowe szranki obywatelek i pracownic, podług myśli Bożej, dla Kościoła i Ojczyzny – a widok tych niewinnych, złotych, płowych główek dziecięcych napełnia radością kochane Opiekunki – Wychowawczynie, Siostry, które zapatrzone w jaśniejszą przyszłość te prace podejmują, idąc śladem tej, która dla nich drogowskazem była – niezapomnianej Matki Marceliny Darowskiej”.

Przełożoną była tutaj wówczas siostra Donalda, a na uroczystości przyjechała matka Zenona i wiele byłych uczennic, często już siwych, ale garnących się do sióstr jak ongiś w dziecięcych latach. Siostra Zofia, teraz mistrzyni zakładu i kierowniczka szkoły, włożyła wiele wysiłku, żeby dzieło wychowawcze w domu ukochanym przez matkę Marcelinę postawić wedle jej ducha i zasad. Panował w nim nastrój rodzinny. Niżniów nazywano „szkołą radości”. Nie była to już szkoła bezpłatna – siostry nie miały na taka funduszy; a także założenie matki Marceliny, żeby kształcić domowe nauczycielki patriotki nie miało już racji bytu –w wolnej Polsce powstały seminaria nauczycielskie oraz duża sieć szkół powszechnych. Zachował sie prasowy zapis anonsu tej nowej szkoły z roku 1934: „W przepięknej i zdrowej podgórskiej okolicy przyjmuje sie od 15 maja 1934 r. zgłoszenia do szkoły powszechnej nowego typu oraz internatu dla wątłych dziewczynek od lat 6 do 12. Zakład zapewnia staranne wychowanie, troskliwa opiekę leczniczą, gruntowną naukę języków obcych i gry na fortepianie. Prócz tego sporty, wycieczki, przebywanie na świeżym powietrzu, leżakowanie, pożywienie zdrowe i obfite”. W kolejnych latach szkolnych do 1939 r. było tu od 27 do 34 dziewczynek. W roku 1932/33 tylko 15, ale szkoła nie była jeszcze zatwierdzona przez władze oświatowe. Siostry cały czas czyniły o to starania.

W 1933 r. rozwiązano bardzo poważny problem tego domu – została wykonana instalacja wodociągowa, która zastąpiła prymitywnie działającą dotąd kanalizację. Umożliwiło to otworzenie łazienki z dwoma wannami dla dzieci. Był to jeden z wymogów prowadzenia internatu. W archiwum zgromadzenia znajduje sie protokół z 6 XII 1934 r. – spisany przez siostrę Almę Sołtan w czasie konferencji po wizytacji, jaka w ,,7- klasowej Szkole Sióstr Niepokalanek w Niżniowie” przeprowadziły władze oświatowe z Tłumacza. Podinspektor szkolny dr Jan Tambor ocenił prace tej placówki pozytywnie. Rok później szkoła miała już uprawnienia państwowe. Warto przytoczyć zalecenia podinspektora Nowogrodzkiego z pierwszej kolejnej wizytacji – „należy rozkład materiału dostosowywać do programu ministerialnego i pamiętać o korelacji w nauczaniu poszczególnych przedmiotów, ale unikać przesady i naciągania tak przy korelacji, jak i aktualizacji”. Zwracała na to uwagę matka Marcelina, opracowując założenia wychowawczo – dydaktyczne dla szkół niepokalańskich niemal wiek wcześniej, które obowiązują w nich do dzisiaj i takie same wskazówki można znaleźć w wielu współczesnych programach autorskich. Klasztor stał otworem nie tylko dla dziewczynek, które mieszkały w internacie. Siostry prowadziły Koło Ministrantów.

Chłopcy przychodzili na zajęcia 3 razy w tygodniu oraz w niedzielę i święta, uczyli się ministrantury, śpiewu gregoriańskiego i katechizmu. Brali udział w okolicznościowych przedstawieniach, jasełkach,mieli swoja czytelnie. Mogli się tu bawić i uczyć.

Członkinie Koła Kobiet Wiejskich przychodziły w niedzielę i święta na naukę katechizmu, tłumaczenie Mszy św., pogadanki higieniczne, pedagogiczne i gospodarcze. Krewni dzieci nierzadko szukali u sióstr pomocy moralnej i w klasztorze odbywali rekolekcje w celu „odnowienia się na duchu”. Nie prowadzono już jednak szkółki ludowej, co było tradycja domów niepokalańskich. Wyszło bowiem zarządzenie, że na terenach, gdzie mieszka kilka narodowości prawo do państwowej szkoły powszechnej ma narodowość prezentowana przez większą ilość dzieci. W tej sytuacji władze oświatowe wywierały na siostry naciski, aby nie prowadziły one szkoły, która odciągnie dzieci polskie od ich placówki, gdyż w takiej sytuacji powszechna szkolę mieliby Ukraińcy. Nietrudno domyślić się, że w konsekwencji pogorszyły sie stosunki pomiędzy klasztorem, a miejscowa ludnością.

Jaśniejsza przyszłość, o której mówiła w 1934 r. Nina Wrąbecowa, nie miała trwać długo. W dniach upadku Rzeczypospolitej, 18 IX 1939 r., do Niżniowa wkroczyły wojska sowieckie. Dzień wcześniej w ogrodzie sióstr stanęły na odpoczynek oddziały wojsk polskich – uciekały one przed Niemcami, a teraz cofały sie od granicy wschodniej. Głęboko wzruszający w swej tragicznej wymowie był moment, kiedy pod osłoną nocy pułkownik Józefowicz z dwoma oficerami zakopał sztandar pułkowy – z Matką Bożą po jednej stronie i srebrnym orłem po drugiej. 19 IX nad Niżniowem i okolicą przeleciał nisko samolot niemiecki ziejący ogniem z broni maszynowej. Rannych noszono do klasztoru. Siostra Alma (przełożona od 1936 r.) powierzyła ich opiece siostry Antonii. Na domu wywieszono chorągiew Czerwonego Krzyża, siostry dostały opaski tej organizacji. Mimo pełnej poświecenia opieki nad chorymi siostry nękano rewizjami (zaginęła wówczas kronika Niżniowa). Znowu, jak przed laty, podejrzewano je o przechowywanie żołnierzy – tym razem polskich. Ukraińców złościły też panie z dworu, które w klasztorze chroniły się w obawie przed ich bestialstwem. Sytuacja stawała się coraz gorsza i siostra Antonia w habicie oznaczonym czerwonym krzyżem, pojechała do Jazłowca, aby odbyć naradę z tamtejszą przełożoną siostrą Gabrielą, odnośnie przyszłości sióstr, gdyby były zmuszone do opuszczenia swego domu. Siostra Gabriela prosiła, aby wszystkie starsze i najmłodsze przyjechały do Jazłowca, a tylko średnie i młode można by rozmieścić u ludzi. Siostra Antonia powtórzyła jeszcze słowa siostry Almy, że ona z siostrą Antonią i Danutą pozostaną w Niżniowie, choćby miały mieszkać w chacie. Tymczasem bolszewicy, po kilku, przychodzili już jawnie oglądać klasztor jako przyszłe koszary. 14 X 1939 r. siostry dostały rozkaz, aby cztery z nich wraz z przełożona natychmiast zgłosiły sie w gminie. Tutaj, jak to było w zwyczaju władz radzieckich, w sposób urzędowy – zmuszono je do podpisania oświadczenia, że klasztor nie prowadzi szkoły i ma puste pokoje, wiec cześć domu oddaje na użytek Armii Czerwonej – odebrano siostrom ich własność. Najpierw pod warunkiem, że będą prały bieliznę żołnierzom ściśnięto je w kilku pokojach, a potem rekwirowano kolejne pomieszczenia. Towarzystwo koszar w klasztorze odebrało zakonnicom jakakolwiek swobodę życia. Siostra Alma poprosiła komandira o auto, aby wysłać cześć sióstr do Jazłowca. Pod opieąa siostry Antonii wyprawiono tam siostry: Damianę, Longinę, Urbanę i Włodzimierę. Potem pociągiem do Buczacza pojechały siostry: Kornelia, Emma, Sylwestra, Kasylda i Mikołaja. Na miejscu zostało już tylko 15 sióstr. Jedyną pociechą była dla nich msza św. w kaplicy. Niestety, bolszewicy utrudniali księdzu wejście do klasztoru. Siostry mogły ze swej loży uczestniczyć w nabożeństwach odbywających się w kościele. Loża ta jednak była dostępna z sypialni dziecinnych, a te wkrótce im zabrano.

W uroczystość Wszystkich Świętych, 1 XI 1939 r., oznajmiono siostrom w imieniu narodu i krasnej armii, że dom przeszedł na własność narodu i one muszą go opuścić. Rozpoczęło się chaotyczne pakowanie i milicjanci odbierali, co chcieli, jako „własność narodu”. Trochę rzeczy udało się przekazać kościelnemu. Najważniejsze wśród nich były naczynia liturgiczne, które oddał on później siostrom. Następnego dnia do rodzin, do Lwowa wyjechały siostry Stanisława i Rufina, a siostra Jacenta do Chodorowa. 3 XI siostry zaniosły krzyże ze swych cel do kościoła. Szły z nimi jedna za drugą i żołnierze zgromadzeni na podwórzu, gdyż była to pora wydawania śniadania, w milczeniu rozstąpili się przed nimi. Ludzie w kościele płakali głośno. Po powrocie z kościoła, wśród krzyków i przekleństw lokalnych milicjantów, którzy „oczyszczali” teren dla armii, wyjechały do Jazłowca siostry: Sebastiana, Eustachia, Marcjanna, Achillesa, Róża i Cyryla. Najtrudniej było żegnać się z kaplicą. W zapiskach siostry Antonii czytamy:

„Uklękłam przy romanice i zakryłam twarz, byłam śmiertelnie znużona. Po chwili usłyszałam szept po rusku. Mosorko, milicjant, pytał, czy Najświętszy Sakrament jest w ołtarzu? Gdy mu odpowiedziałam, że nie, uspokoił się i ukląkł za romaniką u stóp ołtarza i łzy spływały mu po policzkach”.

Takich momentów skruchy było więcej, ale tonęły one w morzu bestialstwa. Jako ostatnie dom opuszczały siostry: Alma, Antonia, Danuta, Eufrazja, a zafurtowa, siostra Franciszka miała pełnić obowiązki gospodyni na plebani. Jechały do Lwowa, a serca ściskały im sie na myśl, że w kaplicy zostawiły obraz Matki Najświętszej i relikwie Krzyża Świętego. Większość z nich czekało tułacze, a nawet żebracze życie. Dopiero po ucieczce bolszewików, w sierpniu 1941 r., wracająca z Bolechowa przez Niżniów siostra Kasylda powiadomiła przełożona w Jazłowcu, że ks. Andrzej Kolbusz przynagla siostry do powrotu, gdyż władze gminne usiłują przywłaszczyć klasztor wraz z polem i ogrodem. Siostra Gabriela wysłała tam siostry: Emanuelę z Dulib, Różę z Trybuchowiec i Witalisę z Podzameczka – wygnanki z Jazłowca, Niżniowa i Maciejowa, które znalazły schronienie u gospodarzy wiejskich. 16 VII stanęły one w Niżniowie. Jak wyglądało życie tutaj rok później, dowiadujemy się z zapisków kolejnej przełożonej – siostry Marceli:

Gdy mnie Matka w maju 1942 r. wysłała do Niżniowa, zastałam tam trzy siostry: Emanuelę, Anielę i Różę w świeckich szatach, w zrujnowanym domu, w najprymitywniejszych warunkach, pozbawione rzeczy najpotrzebniejszych do życia – klasztor zrabowany przez sowietów i miejscową ludność, po powodzi w 1941 r. zajęty dla powodzian, którzy dokonywali ruiny, rąbiąc na opał drzwi, okna, podłogi itp. – zanieczyszczony do ostatnich granic, robił przerażające wrażenie: jakby szatańska ręka usiłowała zatrzeć ślady przeszłości. Przerażająca pustka wiała od zbezczeszczonej kaplicy, a zamurowane loże dzieliły od kościoła. Mimo tych okropnych warunków i bliskiego sąsiedztwa najgorszych elementów, mimo pracy przechodzącej ich siły uderzała atmosfera radości. Stosunki nawiązane z ludnością wiejska były serdeczne i długo po odjeździe przełożonej siostry Emanueli wspominano ze łzami jej bezgraniczne poświecenie dla chorych i okazywana pomoc.

Siostrom udało się umieścić powodzian w domach po wymordowanych przez Niemców Żydach. Zamurowały wszystkie boczne wejścia do klasztoru w celu zwiększenia bezpieczeństwa domu i wtedy rozpoczęły starania o kaplice. Napotkały na trudności ze strony administracji kościelnej – było ich tylko trzy, a obok znajdował się czynny kościół. Na szczęście ich pragnienie życia zakonnego zrozumiał arcybiskup Bolesław Twardowski i jego decyzja, 20 X 1942 r., księża Kolbusz i Michnarski dokonali poświecenia malutkiej kapliczki. Tego dnia Siostry były już w habitach, a ich mieszkanie zostało objęte klauzurą. Kaplica wkrótce stała się miejscem, w którym nękana wojną ludność szukała ratunku i ukojenia, a bywało i tak, że pełniła funkcję ośrodka życia parafialnego – odbywały sie w niejchrzty i inne ceremonie. Cały czas trwała łączność z domem w Jazłowcu. To stamtąd, pomimo trudności komunikacyjnych – przybył ołtarz, figura Pani Jazłowieckiej i całe wyposażenie kaplicy.


Czytaj również drugą część


Artykuł pochodzi z Zeszytów Tłumackich 2 (40) 2007 i został zamieszczony dzięki współpracy z Ogólnopolskim Oddziałem Tłumaczan. Autorem artykułu jest Romana Szymczak (Galewicz)


 

Galeria zdjęć

Newsletter

zapisując się do naszego newslettera na bieżąco będziemy informować Cię o nowych artykułach, aktualnościach oraz akcjach organizowanych przez Studio Wschód
[FM_form id="1"]