Podróż z misją na „Ziemie Utracone”

Ostatnią prośbą mojej Babci Józefy skierowaną do mnie, kiedy już umierała, było to, abym spełniła jej życiowe marzenie przywiezienia ziemi na grób jej rodziców i brata z wioski gdzieś na Kresach Wschodnich. Rodzina była zmuszona ją opuścić jesienią 1946 roku.

Matków, bo o nim jest właśnie mowa, leży dziś na terenie Ukrainy, 150 km na południe od Lwowa w malowniczej scenerii Karpat. Przed wojną licznie zamieszkany przez moją rodzinę – Matkowskich, Wysoczańskich i Komarnickich, których historia bytności w Matkowie sięga XV wieku, liczona od momentu otrzymania dóbr ziemskich przez protoplastę rodu hrabiego (grafa) Wanczałucha z Siedmiogrodu. Tradycja rodzinna w momencie wielkich przesiedleń po II wojnie światowej liczyła sobie zatem 500 lat.

Prośbę Babci udało mi się spełnić dopiero 13 lat po jej śmierci, kiedy we wrześniu 2015 r. wyjechałam wraz z mężem na wycieczkę do Lwowa. Trzeciego dnia pobytu we „lwim grodzie” wyruszyliśmy wcześnie rano marszrutką z dworca podmiejskiego do Matkowa. Podróż trwała 4 godziny, a po drodze przejeżdżaliśmy przez takie miejscowości jak Stryj, Mikołajów czy Skole oraz cieszyliśmy oczy widokami ukraińskich Karpat. Jadąc do Matkowa nie wiedziałam czego się spodziewać i co będę czuć, kiedy w końcu dotrę do celu. Uczucia miałam mieszane. Jechałam zwiedzić miejscowość gdzieś w górach, która jednocześnie przewijała się w opowieściach Babci odkąd tylko pamiętam i zdążyła przez lata obrosnąć w legendy.

Byłam pierwszą osobą z rodziny, która po wielu latach od 1946 r. przyjechała do macierzy. Idąc już z przystanku w kierunku cerkwi Najświętszej Bogurodzicy starałam sobie wyobrazić moją półroczną Babcię, jej rodzeństwo i rodziców, którzy w drodze na tzw. Ziemie Odzyskane przystanęli tutaj, aby pomodlić się przed czekającą ich długą podróżą. Żałowałam, że Babcia nie doczekała tej chwili. Byłaby szczęśliwa móc wrócić do miejsca gdzie się urodziła i zobaczyć je na własne oczy, ponieważ wyjeżdżając stąd była zbyt mała, by cokolwiek pamiętać.

Na miejscu spotkaliśmy Pana Iwana (Jana) Wysoczańskiego, który mieszka bezpośrednio w sąsiedztwie dolnej cerkwi. Zaintrygowany naszym przyjazdem zaoferował się z oprowadzeniem po Matkowie. Miałam wtedy ze sobą zdjęcia moich bliskich licząc, że być może żyje jeszcze jakaś osoba w wiosce, która ich pamięta. Pan Iwan zaprowadził nas dalej do Pana Jarosława Wysoczańskiego – najstarszego człowieka we wsi. Niestety nikogo nie rozpoznał ani ze zdjęć, ani z imienia i nazwiska. Powiedział, że przyjechaliśmy przynajmniej z 10 lat za późno na takie poszukiwania. Bardzo ucieszył się, iż coraz więcej ludzi odwiedza swój dawny dom, chwalił zwłaszcza młodzież, która pamięta o swoim pochodzeniu.

Każda z napotkanych tam osób podkreślała, że czuje się Polką/Polakiem oraz była dumna z posiadanego przez rodzinę herbu Sas. Słuchałam opowieści, które były mi bliskie, to samo słyszałam przecież przez wiele lat od Babci. Zdumiewało mnie jak osoby, które widzą się pierwszy raz w życiu, na co dzień dzieli ich kilkaset kilometrów mogą rozmawiać ze sobą niczym członkowie tej samej rodziny.

Następnie udaliśmy się w kierunku górnej cerkwi, gdzie znajduje się miejscowy cmentarz. Miałam nadzieję odnaleźć groby przodków, ale niestety niemal wszystkie tablice nagrobne datują się tam już na okres powojenny. Część z nich nie zachowała żadnych napisów, wyglądały na bardzo stare (kamienna podstawa z wieńczącym ją mocno zardzewiałym, metalowym krzyżem jakie można zobaczyć np. w XIX-wiecznej części warszawskich Powązek). Wszystkie inskrypcje w języku ukraińskim, przydaje się więc znajomość cyrylicy. Zapaliliśmy z mężem znicz przy cerkwi i pomodliliśmy się w intencji mojej rodziny, rzecz tak prostą i oczywistą w tym miejscu, o jakiej moja Babcia marzyła całe swoje życie.

Pamiętając o jej ostatniej prośbie wykopaliśmy nieco ziemi przy źródełku już poza cmentarzem, która potem trafiła nie tylko na groby rodziców i brata Babci ale i też jej samej. Wracając już do Lwowa w mojej głowie przewijało się wiele różnych myśli. Czułam pewną ulgę, ponieważ udało mi się dotrzymać obietnicy, ale i też dlatego, że w pewnym sensie odczarowałam mityczny w mojej rodzinie Matków.

Myślałam też o Babci oraz o tym jak silnie musiało być zakorzenione w jej duszy miejsce pochodzenia, w którym to przecież spędziła jedynie pierwsze pół roku swojego życia. Osobiście uważam jednak, że takie odczucie nie jest obce Kresowiakom i ich potomkom. Ja również będąc w Matkowie czułam się jakbym była w domu, znałam je przecież dobrze z opowiadań, a co oswojone i bliskie sercu nie może być obce…

Katarzyna Semik

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top